Moja Stylowa Misja, czyli czy warto skorzystać z usług profesjonalnej stylistki

12 kwietnia 2017

Czy wiesz, dlaczego dzień ślubu jest najpiękniejszym dniem dla każdej kobiety? Ponieważ tego jednego dnia wie, w co się ubrać! ;) No dobrze, nie uogólniajmy - myślę, że zdecydowana większość kobiet nie ma problemów ze skompletowaniem stroju na daną okazję. Wiele, bardzo wiele Polek ubiera się fantastycznie - modnie, kobieco; żeby się o tym przekonać, można chociażby zajrzeć do Facebookowej grupy projekt 365 dni #wspódnicy, która od pewnego czasu jest dla mnie źródłem modowych inspiracji.

Mnie kompletowanie garderoby przychodziło z trudem, dlatego od dłuższego czasu marzyłam o przeglądzie szafy i zakupach z profesjonalną stylistką. Chciałam, żeby pomogła mi stworzyć takie stylizacje na co dzień, które nie byłyby ani zbyt młodzieżowe, ani zbyt poważne. Choć w tym roku skończę 29 lat, wyglądam na lat 18 (tak, zawsze podczas kupowania alkoholu jestem proszona o okazanie dowodu, co mnie potwornie irytuje). Taka moja uroda, dlatego odpowiednio dobrane ubrania to podstawa, żebym nie była odbierana przez obce osoby jako nastoletnia matka.

Zdawałam sobie sprawę, że z ubraniami, które znajdowały się w mojej szafie zmiana wizerunku nie będzie możliwa. Potrzebowałam takiej totalnej modowej metamorfozy i po prostu nowej odzieży, bo w ubraniach, które znajdowały się w mojej szafie, nie czułam się dobrze (a w wielu też dobrze nie wyglądałam).

Przed realizacją mojego marzenia powstrzymywała mnie po prostu cena tego typu usługi. Całodzienne spotkanie ze stylistką to spory wydatek, zauważalny w domowym budżecie przeciętnej rodziny, do tego należałoby jeszcze odłożyć konkretną sumę na zakupy. Po cichu liczyłam, że może kiedyś uda mi się jednak przynajmniej zorganizować przegląd szafy z profesjonalistką i... I jakiś czas temu moje marzenie niespodziewanie się spełniło - podczas losowania nagród w czasie prezentacji najnowszej kolekcji odzieży dla mam marki Koszulove wygrałam właśnie przegląd szafy i zakupy z Katarzyną Iskrzak, dyplomowaną stylistką i autorką bloga Stylowa Misja. Kasia nie tylko jest osobistą stylistką i blogerką, ale też kierowniczką butiku odzieżowego; pracuje również jako stylistka przy sesjach zdjęciowych czy na planach filmowych. Modą interesowała się już od dzieciństwa, ciągle eksperymentując - i tak jej zostało do dzisiaj. Oto Kasia w jednej ze swoich ostatnich blogowych stylizacji:
Kasia nie była nieznaną mi osobą - śledziłam jej blog, zachwycając się tworzonymi przez nią stylizacjami, które zawsze miały w sobie to "coś", czego brakowało u mnie, a czego sama nie byłam w stanie wydobyć. Z nieukrywaną zazdrością oglądałam też efekty jej pracy z Anią Matuszczak, autorką bloga Karmię swobodnie i PR managerem marki Koszulove, która poprosiła Kasię o pomoc w przygotowaniu poradnika dla kobiet w ciąży (zobacz Jak ubrać ciążowy brzuszek? Mój dzień ze stylistką), a także o stworzenie stylizacji z wykorzystaniem najnowszych ubrań w kolekcji Koszulove.

Wiedziałam, że trafię w dobre ręce i że muszę maksymalnie wykorzystać spotkanie z Kasią, bo taka okazja może się już więcej nie powtórzyć w moim życiu.

Po przeglądzie szafy i zakupach z Kasią, postanowiłam opisać nasze spotkanie na blogu. O tym, że był to spontaniczny pomysł, niech świadczy fakt, że nie mamy dokumentacji fotograficznej, która nadawałaby się do publikacji; w telefonie mam jedynie kilka kiepskiej jakości zdjęć stylizacji stworzonych z posiadanych już przeze mnie ubrań oraz kilka zdjęć różnych stylówek z przymierzalni, którymi spamowałam męża. Strasznie żałuję, że tego dnia nie towarzyszył nas fotograf - zobaczyłabyś, jak było przed, a jak po.

Jeśli zastanawiasz się, czy warto skorzystać z usług stylistki, mam nadzieję, że mój post pomoże Ci w podjęciu decyzji. Najpierw jednak poznaj moje modowe problemy... Uprzedzam, że tekst będzie dość długi i wielowątkowy. Zrób sobie herbatę lub kawę, żeby móc spokojnie przeczytać całość - albo przejdź do końcowego podsumowania ;)


CO SIĘ STAŁO Z MOJĄ SZAFĄ, CZYLI NIE MAM SIĘ W CO UBRAĆ I DLACZEGO W SKLEPACH NIGDY NICZEGO NIE MA


"Nie mam się w co ubrać!" - ile razy w tygodniu wypowiadasz te słowa? Ja mamrotałam je pod nosem praktycznie za każdym razem, gdy musiałam wyjść w miejsce inne niż plac zabaw czy osiedlowy sklepik, a nie chciałam wyglądać ani za młodo, ani przesadnie elegancko. Nie miałam się w co ubrać - przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie odwiedziła mnie Kasia.

Ostatnie lata mojego życia upłynęły pod znakiem ciąży i karmienia piersią (skończyłam po dwóch latach i prawie pięciu miesiącach). Od bardzo, bardzo dawna nie kupowałam sobie żadnych nowych ubrań - no, poza tymi na rosnący brzuszek, a później do karmienia. Jako że moja figura nie zmienia się w jakiś spektakularny sposób (wyjątkiem był okres ciąży), nosiłam ciuchy kupione ładnych kilka-kilkanaście lat temu. W wielu z nich w 2017 roku wyglądałam po prostu źle. Bardzo źle.

Ubrania ciążowe po porodzie na mnie nie pasowały, a ubrania do karmienia, choć doskonale spełniały swoje zadanie, również na mnie po prostu wisiały; najczęściej są one pomyślane jako ubrania 2w1, czyli na czas ciąży i laktacji. Po porodzie moja waga praktycznie od razu wróciła do stanu sprzed ciąży (przez dziewięć miesięcy przytyłam niecałe 11 kilogramów). Obecnie ważę 47 kilogramów przy 158 centymetrach wzrostu.

Sporo naprawdę fajnych ciuchów, które nim zaszłam w ciążę nosiłam do pracy i na co dzień, po prostu sprzedałam, by zrobić miejsce w szafie, czego z perspektywy czasu okropnie żałuję. Gdybym wcześniej usłyszała o workach próżniowych (polecam!), z pewnością wielu z nich nie oglądałabym teraz jedynie na zdjęciach.

To, co znajdowało się w mojej szafie i nie należało do grupy odzieży ciążowo-laktacyjnej, stanowiło dla mnie "bezpieczną", jak mi się wydawało, klasykę. Kilka spódnic ołówkowych, bawełniane bluzki z krótki i długim rękawem w białym i czarnym kolorze, bo takie się łatwo pierze. Dwie pary jeansów, spodnie haremki, dwa szare żakiety, swetry w przypadkowych kolorach i czarne kardigany, trzy sukienki maxi na lato o identycznym fasonie. Do tego dwie koszule i dwie bluzki, których kompletnie nie umiałam z niczym zestawić, więc ich po prostu nie nosiłam. A, i jeszcze dwie sukienki na większe wyjścia. Niby dużo, a jednak... nie miałam się w co ubrać, dlatego od pewnego czasu, korzystając z możliwości samotnego wyjścia na zakupy, "zwiedzałam" sklepy odzieżowe. Chodziłam po nich, chodziłam, wracając zawsze z pustymi rękoma i przekonaniem, że jak zwykle na mnie niczego nie ma, choć przecież ciuchy niemal spadały z wieszaków, tyle ich było. Oczywiście podobały mi się jakieś pojedyncze modele, ale rezygnowałam z zakupu, ponieważ nie wiedziałam, z czym z mojej garderoby mogę je zestawić. Albo bałam się, że będę w nich wyglądać głupio, choć na manekinie wyglądały naprawdę dobrze. Planowałam jakoś dotrwać do lata (bo latem, to wiadomo - sukienka, sandały i jest dobrze), a pomartwić się znów na jesień. Na szczęście wcześniej odwiedziła mnie Kasia.


CO O MOJEJ SZAFIE POWIEDZIAŁA KASIA, CZYLI CZY NAPRAWDĘ NIE MAM SIĘ W CO UBRAĆ


Kasia przyjechała do mnie w sobotni poranek 1 kwietnia. Nasze spotkanie rozpoczęła od analizy kolorystycznej - musiałam umieścić głowę w otworze w specjalnych planszach, na których znajdowały się plamy kolorów w różnych odcieniach. Dzięki temu poznałam swój typ urody i dowiedziałam się, jakich kolorów ubrań powinnam unikać, jeśli nie chcę wyglądać na osobę bladą, i zmęczoną, a które współgrają z odcieniem mojej cery, kolorem oczu i włosów, dodając mi energii i "wyrazistości". Okazało się, że pastelowe odcienie, które bardzo mi się podobały, nie są dla mnie korzystne. Mam ciemne oczy, ciemne włosy - jestem jesienią. Najkorzystniej wyglądam w ubraniach o mocnych, głębokich kolorach. Zamiast pudrowego różu na bluzkach (bo chodzi o efekt wokół twarzy), powinnam sięgnąć po fuksję. Zamiast akwamarynowego sweterka, lepszy będzie ten w nasyconym odcieniu szmaragdu - i tak dalej. Te barwne plansze wyglądają tak (zdjęcie z archiwum Kasi):
Po analizie przeszłyśmy do przeglądu szafy. Okazało się, że nie jest tak tragicznie, jak myślałam, ale faktycznie spora część moich ubrań przeobrażała mnie w sztywną panią urzędniczkę, a nie w młodą kobietę przed trzydziestką o dość delikatnej urodzie. Albo sprawiała, że naprawdę można by mnie uznać za niepełnoletnią matkę - a z takim postrzeganiem chciałam przecież walczyć.

Odłożyłyśmy na bok ubrania, w których wyglądałam źle lub które były znoszone, ale trudno było mi się z nimi wcześniej rozstać (na szczęście Kasia mnie skutecznie zmobiliozowała). Z ubrań, które zostały, Kasia wyczarowała takie stylizacje, na które sama nigdy bym nie wpadła. Pokazała mi także kilka banalnych trików, które szybko odmienią każdą stylizację - jak przewiązanie się w pasie apaszką czy związanie jednego boku koszuli na supeł. Byłam naprawdę zachwycona pomysłami Kasi i szybko zmieniłam zdanie - jednak mam się w co ubrać!

Po przeglądzie szafy przygotowałyśmy listę uniwersalnych ubrań, których brakowało w mojej szafie.

A brakowało mi spodni. To znaczy miałam dwie pary identycznych jeansów, różniących się jedynie odcieniem. Kupiłam je niedługo po porodzie - na szybko, bo wtedy nie było mowy o spokojnych, samotnych zakupach. Po niezliczonej ilości prań były rozciągnięte i po prostu znoszone. Wyglądały fatalnie i ja w nich wyglądałam fatalnie, przez co coraz częściej zakładałam spódnice (chyba że szłam na plac zabaw - w ołówkowej spódnicy trochę niewygodnie biegać za maluchem).

Brakowało mi także kolorowych bluzek i casualowych koszul oraz przejściowych butów. Z zakupem obuwia mam niestety ogromny problem, spowodowany pogłębiającą się wadą w budowie obu stóp (wada przypomina nieco haluksy). Z roku na rok jest gorzej, stopy mnie coraz bardziej bolą, wielu fasonów obuwia nie mogę założyć (na przykład o szpilkach mogę zapomnieć). Zakup wygodnych balerinek czy botek to dla mnie droga przez mękę. Buty muszą być szerokie w nosku i posiadać specjalną wkładkę podtrzymującą sklepienie stopy. Jeśli już znajdę model, który nie powoduje ucisku i bólu, noszę go tak naprawdę do rozpadnięcia się. Najczęściej kupuję obuwie komfortowe Medicus lub Easy Strett, które nie jest produkowane w Polsce przed rodzime przedsiębiorstwo. 

Brakowało mi także jeansowej kurtki, która pasuje praktycznie do każdej stylizacji. Brakowało biżuterii - na co dzień noszę zazwyczaj tylko kolczyki. Brakowało też wiosennych sukienek.

Skoro już ustaliłyśmy z Kasią, czego w mojej szafie brakuje, nie pozostało nam nic innego, jak pojechać na zakupy i uzupełnić te braki. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że Kasia zwykle stara się wcześniej odwiedzać różne sklepy, by móc zapoznać się z ich asortymentem i cenami, ponieważ chce, by jej klientki kupiły jak najwięcej za jak najmniej. Ja z kolei po prostu zapomniałam Kasię poinformować, że w dniu przeglądu szafy od razu pojedziemy i na zakupy, dlatego nie miała dla mnie wcześniej przygotowanego planu zakupowego.


SZAŁ ZAKUPÓW, CZYLI WSZYSTKO MI PASUJE


Na zakupy wybrałyśmy poznańskie centrum handlowe Malta. Odwiedziłyśmy kilka sklepów, głównie sieciówek. Chętnie częściej ubierałabym się w sklepach polskich marek (szyjących w Polsce), ale przeszkodą nie do przeskoczenia jest dla mnie ich rozmiarówka. Choć zachwycają mnie aktualne kolekcje między innymi Quiosque, Click Fashion czy Greenpoint, niestety ubrania tych marek w rozmiarze 36 - a często nawet 34  - są na mnie po prostu sporo za duże. Ubrania Quiosque w rozmiarze XS bardzo rzadko pojawiają się w sklepach stacjonarnych - udało mi się jedynie znaleźć dwie bluzki w sklepie w Poznaniu, które niestety na mnie nie pasowały.

Kasia w kolejnych sklepach co chwilę podawała mi do przymierzenia ubrania, po które sama bym nigdy nie sięgnęła - i, o dziwo, we wszystkich wyglądałam oraz czułam się bardzo dobrze. Przymierzyłam między innymi rozkloszowane spódnice (do tej pory zawsze kupowałam ołówkowe), koszulową sukienkę bez rękawów i jeansową szmizjerkę. Nagle okazało się, że mogłabym wyjść z połową asortymentu danego sklepu.

Jak można się było spodziewać, nasz plan zakupowy wziął w łeb. Do domu wróciłam z dwiema parami doskonale leżących jeansów (w kolorze kawy latte i niebieskim), z idealnie leżącą ramoneską, której najchętniej bym z siebie nie zdejmowała (nigdy bym nie przypuszczała, że kiedykolwiek będę nosić tego typu kurtkę), z dwiema bardzo wiosennymi koszulami, sukienką w linię A i butami na platformie, po które również sama bym nie sięgnęła.

Wszystkie te ubrania - poza sukienką i butami - kupiłam w sklepie Mohito. Mohito to marka należąca do rodzimej spółki odzieżowej LPP (uprzedzając - tak, znam ostatnie afery z LPP w roli głównej), która posiada ubrania w rozmiarze 32. Jest to rozmiar na ten moment dla mnie idealny, którego próżno szukać w innych sklepach. Co ciekawe, kupione w Mohito bluzki i koszule zostały uszyte... w Polsce. Tak wygląda jedna z nich:

CZY WARTO SKORZYSTAĆ Z USŁUG STYLISTKI?


Myślę, że odpowiedź Cię nie zdziwi: zdecydowanie warto skorzystać z usług stylistki! Kasia pokazała mi, jak mogę zestawiać posiadane ubrania, by nie wyglądać na starszą siostrę własnego dziecka czy na panią pracującą w korporacji. Wskazała na "podstawowe" braki w mojej garderobie i pomogła je uzupełnić. Odkryła dla mnie nowe fasony sukienek czy spódnic, które na pewno latem pojawią się w mojej szafie. 

Przede wszystkim jednak - jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało - dodała mi pewności siebie i zachęciła do samodzielnych modowych eksperymentów.  Nie tylko odmieniła moją szafę, ale i moje wnętrze. Po kilku godzinach chodzenia po galerii handlowej byłam zmordowana, ale przeszczęśliwa. Wróciłam do domu jako inna osoba.

Gdybym miała odpłatnie skorzystać z usług Kasi, czułabym, że bardzo dobrze zainwestowałam pieniądze - bo jest to właśnie inwestycja w siebie i we własny wizerunek. A jak wiadomo: jak cię widzą, tak cię piszą. I ty również musisz się czuć dobrze w swojej drugiej skórze, czyli w ubraniach. Ja - dzięki Kasi - w końcu poczułam się dobrze. Bardzo dobrze. Tak wyglądam w jednej ze stylizacji stworzonej z ubrań, których zakup doradziła mi Kasia:

Powyższe zdjęcia wykonała dla mnie Agnieszka z Ti Amo Foto.

***


Jeśli zdecydujesz się kiedyś skorzystać z usług stylistki, pamiętaj, że powinna ona choć trochę Cię poznać i wypytać Cię o twoje modowe potrzeby. Dobra styliska nie narzuci Ci swojego stylu. Nie zmusi do zakupu ubrania, w którym się źle czujesz. Nie zbagatelizuje twoich wymagań na przykład odnośnie składu materiału odzieży.

Jeśli mieszkasz w Poznaniu lub w okolicy, możesz skorzystać z usług Kasi - działa ona właśnie na terenie Poznania, Murowanej Gośliny, Obornik, Rogoźna i Wągrowca. Kasia swoją pracę przy metamorfozach dzieli na dwa etapy. Pierwszy z nich to przegląd szafy wraz z analizą kolorystyczną, analizą sylwetki i szczegółowym wywiadem (350 zł), a drugi to wspólne zakupy (250 zł bez ograniczenia czasowego). 

Z Kasią możesz się skontaktować przez jej blog lub profil na Facebooku. Polecam!
- Justyna

Udostępnij

2 komentarze :

  1. Największym komplementem dla mnie jest to, że odnalazłaś na nowo potencjał swojej własnej szafy. Dziękuję pięknie za ten wpis, praca z Tobą była czystą przyjemnością. Cieszę się, że mogłyśmy znaleźć rzeczy uniwersalne, które można ze sobą mieszać, bo o to właśnie chodzi w filozofii mojej pracy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też zostałam przez stylistkę (w galerii) uznana za jesień, mam podobny typ urody, ale fuksji mam unikać. Ale wiem, że jesień jesieni nierówna.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane.

Komentarze zawierające treści obraźliwe i złośliwe, a także zawierające reklamy, linki do sklepów i stron firmowych oraz stanowiące wsparcie dla marketingu szeptanego nie będą publikowane.

Moderacja komentarzy może trwać do 48 godzin.

Moje przeglądy